KuPamięci.pl

KAROL BARTŁOMIEJ KRÓLIKOWSKI


* 18.06.1979

 

+ 05.10.2009

Miejsce pochówku: Warszawa, Marysin Wawerski

,

woj. mazowieckie

pokaż wszystkie
wpisy (66)
Licznik odwiedzin strony
73966

PRAWDZIWA HISTORIA

Historia zaczęła się 3 października (sobota) 2009 r. o 8 rano, gdy Karol, chory od środy na półpasiec zadzwonił do żony i powiedział, że „umiera". Przerażona żona zadzwoniła więc do siostry męża, mieszkającej piętro niżej, z prośbą o sprawdzenie co się dzieje. Sama była z córką w mieszkaniu na Bródnie gdzie trwał remont (dlatego chory mąż był u swojej babci na Powiślu). Siostra przyszła i po rozmowie z bratem zadzwoniła na pogotowie, które ją "spławiło" twierdząc, że ból u 30 latka chorego na półpasiec nie jest wystarczającym powodem do interwencji. Dyspozytor zasugerował wezwanie lekarza domowego.

Ok 11 30 (dopiero) w ramach NFZ przyjechał lekarz z firmy Falck (Falck ma podpisaną umowę na opiekę sobotnio-niedzielną i świąteczną z rejonową przychodnią). Już sam fakt, że młody i silny 30 latek nie wezwał taksówki i nie pojechał sam na izbę przyjęć powinno wzbudzić uzasadnione podejrzenia. Tymczasem lekarz zlekceważył to, co pacjent mówił o swoim subiektywnym samopoczuciu (że czuje bardzo silny ból i bardzo źle się czuje), nie wykonał podstawowych pomiarów (post factum twierdził, że zrobił badania, zaś w dokumentację zostały wpisane pomiary - absolutnie nierealne sądząc po stanie w jakim się chory już wówczas znajdował), zaaplikował lek przeciwbólowy  i nie stwierdziwszy na skórze niepokojących zmian (gdy tymczasem zmiany na skórze - wybroczyny - były znaczne a w ich obębie występował silny ból) zwiększył tylko dawkę leku przeciwwirusowego. Dodać należy, że u Karola nie występowała wysoka temperatura typowa dla sepsy - była zbijana silnymi lekami przeciwbólowymi przepisanymi w związku z półpaśćcem. W sobotę rano organizm chorego był natomiast już tak osłabiony, że temperatura spadła poniżej 34 stopni - tego lekarz nie stwierdził, bo tak jak już zostało powiedziane nie pofatygował sie aby zbadać ciśnienie i temperaturę. Uważał, że  Karol nie wymaga transportu do szpitala a procedury zabraniają przewozić chorych samochodem którym przyjechał (choć samochód ten nadawał się do transportu chorego). Lekarz dał choremu skierowanie do szpitala zakaźnego na wypadek gdyby ból po zastrzyku w ciągu 20 minut nie zelżał (podejrzewał powikłania po pólpaśćcu). Ogólna opinia lekarza o stanie chorego była pozytywna - taką ocenę wydał, ponieważ jego zdaniem chory wyglądał zdrowo (był opalony). Opalenizna, która tak skutecznie wprowadziła lekarza w błąd była pozostałością wrześniowego urlopu nad morzem.

W tym miejscu pojawia się zapewne pytanie, dlaczego rodzina nie zareagowała i na własną rękę nie zawiozła Karola do szpitala. Po pierwsze, skoro lekarze nie potrafili prawidłowo ocenić stanu pacjenta, jak mogła tego dokonać osoba nie mająca na temat sepsy bladego pojęcia? Po drugie, na jakiej podstawie laik ma uznać, że interwencja medyczna jest już absolutnie niezbędna i zamiast czekać należy natychmiast, na własną rękę zawieźć chorego do szpitala - w takich sytuacjach wzywa się przecież pogotowie (które odmówiło przyjazdu). A po trzecie, jak  sprowadzić z 4 piętra bez windy mężczyznę, który ma 176 cm wzrosu, 75 kg wagi i ledwo trzyma się na nogach - w sytuacji gdy jest się drobną kobietą?! Ostatecznie właśnie to ostatnie rozwiązanie okazało się jedynym.

Po 20 minutach ból nie ustąpił a wręcz przeciwnie. Chory zrobił się fioletowo-zielony (mimo opalenizny), i miał zimny pot na czole. Nie był w stanie założyć butów. Z pomocą siostry ubrał się i zszedł na dół (a właściwie spadał na dół asekurowany przez siostrę) po czym 16 letnim nissanem micrą został zawieziony na izbę przyjęć szpitala zakaźnego - trafił tam około godz. 12. Nie czekał długo, został niemal natychmiast przyjęty, gdyż jego zły stan był widoczny gołym okiem. Lekarz wezwany na konsultację - po informacji siostry chorego, że zdiagnozowano wcześniej półpasiec -  po obejrzeniu zmian na skórze - zaśmiał się i stwierdził, że jeśli to „nawet był półpasiec to bardzo dawno temu" (ta uwaga wypowiedziana została tonem sarkastycznym). Parametry Karola były już wówczas dramatyczne - 34 stopnie temperatury i ciśnienie 40/0! Niedługo potem chory trafił na oddział szpitalny - na którym leczy się choroby odzwierzęce (takie jak np. borelioza) i leżał w zwykłej, 3  osobowej sali szpitalnej z innym chorym. O 16 wezwany konsultant zrobił notatkę, w której znalazła się informacja, iż pacjent jest we "wstrząsie septycznym". Taki ciężki przypadek nie kwalifikował się jednak do natychmiastowej interwencji i izolatki czy sali ze specjalistycznym wyposażeniem - dopiero o godzinie 20 chory został przewieziony na Lindleya na Oddział Intensywnej Terapii - najlepiej ponoć w Warszawie przystosowany do ratowania chorych z sepsą (jak twierdził lekarz wbrew procedurom, bo tam trafiają pacjenci nieprzytomni a ten chory był nadal przytomny). Dodać należy, że przedstawiciel szpitala na Lindleya przed kamerami TVN powiedział, iż pacjent w chwili przyjęcia był "w stanie agonalnym". Oznacza to, że Karol 8 godzin umierał na oczach lekarzy, na szpitalnym oddziale. Przewiezienie go z ul. Wolskiej na ul. Lindleya okazało się niezwykle trudnym logistycznie zadaniem.

W szpitalu na Lindleya chory został uśpiony (wprowadzony w stan śpiączki farakologicznej), gdyż bardzo cierpiał. Tego wymagały też zabiegi medyczne ratujące życie. Rodzice wrócili do domu a wczesnym rankiem otrzymali telefon, że stan pacjenta się pogorszył i jest krytyczny. Przyjechali więc do szpitala i wraz z  córką i zięciem siedzieli na korytarzu przed oddziałem intensywnej terapii cały dzień i część nocy. O 4 30 otrzymali informację, że pół godziny wcześniej rozpoczęła się reanimacja zakończona śmiercią ich syna. W tym czasie 5 letnia córka Karola wraz z mamą była w szpitalu dziecięcym na Niekłańskiej, ponieważ istniało u niej podejrzenie sepsy.

Można oczywiście przyjąć, że nie sposób zdiagnozować sepsy w "warunkach domowych" a lekarz nie jest jasnowidzem. Cóż, lekarz który opiekował się Karolem przez 8 godzin nie był w domu tylko w szpitalu i miał do dyspozycji oprócz intuicji i wiedzy również pełną diagnostykę medyczną. Lekarz z Falca również nie "wróżył z fusów" - stan Karola był bowiem już wówczas ciężki. Wystarczyło życzliwie spojrzeć, zmierzyć ciśnienie i temperaturę oraz uwierzyć w to co pacjent mówił. Tymczasem lekarka była "nabzdyczona" i nie miała woli pomocy. Dyspozytor Pogotowia Ratunkowego miał tu najbardziej niewdzięczną rolę - ale być może powinien się był jednak chwilę zastanowić nad tym dlaczego ktoś rano w sobotę wzywa pomoc do chorego trzydziestolatka. Nic nie tłumaczy bezwładu służb medycznych, które sprawiły, że właściwa (choć nieskuteczna już) pomoc przyszła po 12 godzinach od chwili, gdy chory po raz pierwszy dał znać, iż dzieje się z nim coś złego. Wszelkie lekarskie tłumaczenia w świetle przytoczonych wyżej faktów są tylko żałosnym usprawiedliwianiem niemocy i nieudolności. Ostatecznie przecież 8 godzin chory spędził nie gdzie indziej jak w szpitalu (4 godziny od chwili stwierdzenia wstrząsu septycznego). Nikt jednak nie czuje się odpowiedzialny. Ani Pogotowie, ani Falck, ani lekarze z Wolskiej.

Absolutnym skandalem  należy nazwać wypowiedź rzecznika Pogotowia Ratunkowego, który przed kamerami TVN tłumaczył zachowanie swojego dyspozytora. Jego zdaniem wszystko było w porządku i "zgodnie z procedurami". Na stwierdzenie dziennikarza, że przecież "pacjent zmarł" - rzecznik profesjonalnie odpowiedział: „tak się zdarza". Tak powiedział rzecznik instytucji powołanej do ratowania ludzkiego życia.

____________________________________________________________ ______

W ten oto sposób stracił życie młody, silny mężczyzna. Syn, brat, mąż i przede wszystkim ojciec. Nikt mi nie powie, że winny był tylko i wyłącznie "ślepy los". Sprawa o nieumyślne spowodowanie śmierci została skierowana do prokuratury. I mam nadzieję, że winni tej bezsensownej tragedii zostaną przykładnie ukarani.

_____________________________________________________________ __________

WSPOMNIENIE

KAROL. Kim był? Trudne pytanie. Myślałam o tym wielokrotnie. Zastanawiałam się jak o nim napisać. Chyba siostra ma tu bardzo trudne zadanie – ale spróbuję.

 

Urodził się 18 czerwca 1979 roku w Warszawie, w szpitalu przy Czerniakowskiej. Nie pamiętam tego dokładnie, bo miałam wtedy zaledwie 6 lat, ale jak dziś stoi mi przed oczami dzień, gdy pojechaliśmy z Tatą aby odebrać Mamę i Karola ze szpitala. Pamiętam, że burzyłam się nieco, że on nie jest siostrą. Wtedy Tata powiedział mi: nie martw się, to super mieć Brata. Jak będzie duży, to cię będzie na rękach nosił. No więc pogodziłam się z tym. A potem już mi kompletnie nie przeszkadzało, że to nie siostra, tylko nie mogłam się doczekać kiedy będzie wreszcie dorosły. Pamiętam, że gdy był taki zupełnie maleńki, w mieszkaniu Dziadków na Zajęczej (gdzie mieszkaliśmy na kupie) – ogromnie cieszyło mnie, że mam taką małą, żywą laleczkę, którą mogę podnieść, przewinąć a nawet nakarmić. Potem, gdy był nieco starszy, czekałam, aż wreszcie zacznie chodzić – i że to ja powiem rodzinie – on już chodzi! To byłby dopiero wyczyn! I mój wielki sukces.

Był jeszcze ten dramatyczny moment, gdy zniknął z domu, bo walczył o życie w szpitalu na Bielanach – miał wtedy niecały miesiąc. Miał szczęście, lekarze uratowali mu wtedy życie, choć kosztowało go to kilka dni a może tygodni w inkubatorze pod kroplówką. Taki był maleńki i bezbronny z tymi wszystkimi rurkami i kroplówkami. Byłam tam raz i widziałam. Wtedy dostał drugie życie, kredyt – jak się okazało tylko a może aż na 30 lat. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

            Potem były długie lata, gdy po przeprowadzce Rodziców na Ursynów (ja zostałam u Dziadków) mieliśmy kontakt weekendowo-wakacyjny. Rodzeństwo jedynaków – tak to można chyba ująć. Jednak nigdy nie był dla mnie uciążliwym młodszym Bratem. Jak zostawaliśmy sami, to znakomicie czuliśmy się razem. Nie było kłótni, konfliktów, skarżenia na siebie. Cieszyliśmy się obydwoje, gdy się widzieliśmy, choć przecież w tamtych czasach różnica 6 lat była kolosalną przepaścią. Gdy w 1988 roku przeprowadziłam się do Rodziców, obecność Karola była dla mnie oczywista i naturalna. On był bardzo pogodnym, ciepłym i serdecznym dzieckiem, którego jedyną wadą było to, że jak już zaczął gadać, to nie mógł przestać – wkurzało mnie to nieco, szczególnie, gdy odrabiałam lekcje. Wchodził do mnie do pokoju i nawijał jak wściekły. Zadawał tysiące pytań. Gdy poszedł do szkoły martwiłam się jak on sobie poradzi – bo był tak absolutnie naiwny i prostolinijny. Nie chodził do przedszkola, więc w kontaktach z rówieśnikami kompletnie się gubił. Ale radził sobie. Nawet potrafił z tego żartować. A potem już całkiem swobodnie wszedł w grupę rówieśniczą w liceum. Ja wtedy byłam już na studiach. Myślę, że właśnie wtedy zaczął nawiązywać pierwsze przyjaźnie i znajomości. Lubił swoją szkołę i z kolegami z tamtych czasów utrzymywał kontakt do końca. Gdy osiągnął już wiek imprezowy ciągałam go niejednokrotnie na moje imprezy. W tamtych czasach poznał większość moich znajomych. A w ich towarzystwie czuł się dobrze i oni go lubili. Sporo było takich wspólnych zabaw – spływy kajakowe, bale karnawałowe lub inne imprezy organizowane spontanicznie (takie czasy i potrzeba wieku). Dopiero kilka lat później zaczął bawić się we własnym gronie. Ale zawsze u Rodziców na działce bawiliśmy się znakomicie razem. I zawsze gadaliśmy do rana – mieliśmy tysiące tematów, przemyśleń, wrażeń. On ciągle czegoś się uczył, czymś zachwycał. Wciąż badał nowe rejony i myśli. Miał tysiące pomysłów – od tych fantastycznie twórczych, do takich, które jeżyły włosy na głowie. Ale zawsze z wielką pasją o tym opowiadał. Eksperymentował. Fascynowały go mity prasłowiańskie, wierzenia, religie, kontrowersyjne poglądy, którym ulegał, aby później zmienić punk widzenia. Jak coś robił, to na 100%. Był ogromnie pracowity. Potrafił godzinami siedzieć i się uczyć, tak samo jak spędzał całe dnie na treningach, bieganiu, czy waleniu pięściami w worek. Wszystko z pasją i determinacją. Aż się bałam, że zrobi sobie krzywdę. Jak wpadał w jakąś swoją „jazdę” to nie można go było od tego odwieźć – na przykład pił kawę jak wodę. Każdy normalny człowiek by się po tym przewrócił. A on nie. Gdy studiował, to wpadał z głową w poglądy o których czytał. To go fascynowało. Może nie był wzorowym studentem, ale miał determinację i pasję. Dzielił się potem swoją wiedzą i opowiadał o tym jak o czymś absolutnie niezwykłym. Zawsze uważałam, że każdy powinien sam przeżyć swoje intelektualne przygody – dlatego nigdy go nie hamowałam w tych zapędach – tylko słuchałam i czasami delikatnie zwracałam uwagę, że chyba nie tędy droga. Nie wiem czy mnie słuchał i czy wyciągał wnioski z moich uwag (czułam się jak stara, konserwatywna ciotka). Ale nie polemizował tylko wysłuchiwał co mam do powiedzenia. Były momenty, gdy mnie martwił. Ale śledziłam te jego „zakrętki” i uważałam, że ma do tego pełne prawo. Ostatecznie wszyscy nie muszą myśleć tak samo, standardowo. Widziałam w tym przejaw geniuszu. Starałam się mieć pokorę w stosunku do tych jego myślowych wycieczek i pomysłów. I wierzyłam, że w tym tkwi jego niepowtarzalność, oryginalność i, że to właśnie sprawi, że wybije się ponad przeciętność. Ostatecznie powiedział mi kiedyś, że będzie prezydentem.

            W ostatnich latach realizował się w życiu prywatnym – ożenił się i miał córkę. Można wierzyć lub nie, ale kochał to dziecko tak, jak tylko ojciec może kochać. Pasjami, nieprzytomnie ale nie bezkrytycznie. Uczył, mówił, kochał, tulił. Był po prostu absolutnie cudownym ojcem. Jakim był mężem – nie mi o tym pisać. Ale sądzę, że równie wspaniałym. Bo miał w sobie wielką miłość. Był facetem bez dziwnych klimatów szowinistyczno-patriarchalnych. Potrafił okazywać uczucia i się ich nie wstydził. Nie tłamsił emocjonalnie. Był człowiekiem ufnym i otwartym, choć jak każdy nie pozbawionym wad. Ciężko pracował, aby jego rodzina miała środki do życia i bardzo się starał oraz przejmował gdy coś mu nie wychodziło. Gdy brakowało pieniędzy nie bronił się przed jakąkolwiek pracą, Nawet fizyczną. Gdy mu zaproponowałam wykończenie domu na działce, to zabrał się za to z entuzjazmem i zrobił to perfekcyjnie. Pomogliśmy sobie nawzajem – on miał pracę a ja super wykończony dom. Bo trzeba pamiętać, że w kładzeniu glazury i terakoty był bezkonkurencyjny. Ślęczał godzinami nad fugami w kuchni. A pobił sam siebie, gdy przywiózł od Rodziców z działki płytki wycięte z kamienia wapiennego, którego kamieniołom jest na podwórku. Przyciął to wszystko w prostokątne płytki a potem położył na czopuch kominka. Wyszło wprost rewelacyjnie! Był bardzo dumny. I słusznie.

            Karol był dobrym synem, wspaniałym bratem, mężem i ojcem oraz przyjacielem. Nigdy nikogo nie zawiódł, nigdy nie zrobił nikomu krzywdy. Gdy tylko mógł, to pomagał. Był „cieplutki”, pełen współczucia i życzliwości. Nie byliśmy rodzeństwem syjamskich bliźniaków, którzy bez siebie żyć nie mogą. Każde z nas miało własne życie. Ale przecież był moim jedynym, ukochanym, młodszym Bratem. Świadomość, że nie żyje jest dla mnie czymś absolutnie absurdalnym i strasznym w swej jednoznaczności.

            Karol zmarł 5 października 2009 roku, o godzinie 4.30 nad ranem, po krótkiej i dramatycznej chorobie. Od chwili, gdy lekarze postawili diagnozę minęło zaledwie 40 godzin do momentu jego śmierci. Nie miał już żadnych szans, gdy znalazł się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Ale nim otrzymał pomoc minęło wiele godzin czekania na właściwą reakcję odpowiednich służb – a ta właściwa reakcja nie nastąpiła. Bo pogotowie nie przyjeżdża do trzydziestoletniego cierpiącego mężczyzny, zaś lekarz, który się pojawia nie widzi, że jego pacjent umiera – tak jest zadufany w swojej arogancji.

 Nie powinno być tak, że Rodzice chowają swoje dziecko, a starsza siostra chowa młodszego Brata. A tymczasem przez dwie doby patrzyliśmy bezsilnie jak Karol umiera. Dobrze, że mogliśmy być z nim. I mam nadzieję, że on o tym wiedział. W ten przedziwny sposób dopełniło się jego przeznaczenie i został spłacony ten kredyt, który został zaciągnięty gdy Karol przeżył jako noworodek. Widocznie miał tylko to 30 lat – i tak myślę o tym, choć jest to bardzo trudne.

 

 

 

 

 

 
Zapal znicz   |   Wszystkie znicze
Piotr
2017-01-14
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie.
Mama śp. Roberta i Wiesia Walas
2015-08-24
Jedynego Syna zabrałeś nam, Boże, Największą boleść znosimy w pokorze I choć płaczemy łzami nieutulonymi, Bądź wola Twoja na niebie i na ziemi. .......) ......(( .....{__} Odpoczywaj w spokoju Karolu.
mama T.Wójcika
2015-04-26
Straszny ból Państwa i słuszny żal do służby zdrowia, ja również straciłam kochanego, dobrego syna, który miał być naszą skałą i opoką.Zdrowy, silny, mądry ,przystojny człowiek załamał się, odszedł niespodzianie w Popielec 2014, a my z popiołem na głowach niesiemy okropny krzyż.Przez kogo możemy się tylko domyślać...Współczujemy Państwu mocno
Hanna Krulikowska
ciotka ...
2014-01-04
My nie umrzemy nigdy (...) Umiera tylko czas.
Przeklęty czas (...) 
Kiedy kochamy, stajemy się nieśmiertelni i niezniszczalni, jak bicie serca, jak deszcz lub wiatr. 

Erich Maria Remarque
Agnieszka Jarmuszyńska
2013-10-07
Każdy płomień ma swój czas.
Złóż kondolencje   |   Wszystkie kondolencje
10 rocznica śmierci Karola
to już 10 dlugich lat bez Ciebie Karolu...wielki smutek....wielki żal....(*)
Donata (*)
18 06 2017r.
****URODZINOWA WIĄZANKA DLA CIEBIE KAROLU


***** BĄDŹ SZCZĘŚLIWY WŚRÓD ANIOŁÓW *****
Mama śp.Wiesia i Roberta Walas
Dodaj wspomnienie   |   Wszystkie wspomnienia
Opcje strony:
Zdjęcia
Karol na Ursynowie
Karol w Piotrowicach
Karol w Masiewie - dumny z wykonanej pracy
Karol i Basia
Karol z Basią
Karol z córką Basią, Piotrowice, wakacje 2009
Ślub Ani i Karola październik 2004
Karol, Ania (z Basią) i Ola (z Kubą), luty 2005
Karol, Mama, Ola w Piotrowicach
któryś sylwester w Masiewie
Karol z Basią, Tomkiem i Kubusiem
Karol z Basią
Karol z Basią
Stare wsapaniałe, beztroskie i nieodwracalne czasy. Żegnaj nam Przyjacielu !!!
-
Piotr
Piotr
napisał(a) dnia 2017-01-14
Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie.
-
mama Bartka Szczyrba
mama Bartka Szczyrba
zapalił(a) dnia 2016-11-16
-
Powiadom znajomych
Imię i nazwisko:
Adres e-mail:
-
Pamiątki
Obrazki pamiątkowe
 
-
SprzataniePomnikow.pl
Kliknij aby obejrzeć ofertę
 
-