Tło
X
Wspomnienia + dodaj wspomnienie
Mowa Tadeusz Piotrowskiego
Nazywam się Tadeusz. Przyszedłem tutaj nie sam. Przyszliśmy tu do Staszka w kilka osób. Jestem kolegą Staszka od początku nauki w Szkole, poprzez Liceum a też razem studiowaliśmy na PW, bo mieliśmy predyspozycje do przedmiotów „ścisłych”. Zainteresowania mieliśmy też podobne – sporty „przestrzenne”, on: szybownictwo, lotnictwo, żeglarstwo, ja: żeglarstwo, narty zjazdowe. Gdy spoglądam na Tablice na tym Grobie Jabłońskich – Drozdowskich i czytam: Tadeusz Drozdowski to oriętuję się, ze nawet bezpośrednio po Wojnie historia naszych rodzin i naszych Ojców była podobna ! Nasi ojcowie byli inżynierami, po Wojnie z całą aktywnością ruszyli do odbudowy kraju a też do zapewnienia bytu każdy swojej rodzinie, założyli małe firmy przez co zostali oskarżeni o "klasową wrogość" i przynależność do burżuazji oraz potraktowani na wieeele lat "domiarami” z Urzędu Skarbowego - co dla naszych rodzin było olbrzymim przeżyciem a dla naszych Ojców, .... napewno poniszczyło ich nerwy i zdrowie na b. długie lata). Taki los dotknął zresztą w tamtym okresie rzesze innych przedsiębiorczych Ojców i rodzin wtedy w naszym Kraju. To tyle na temat naszych „podobieństw”. A nawiasem mówiąc to obaj nasi Ojcowie (Matki też) mają miejsce wiecznego spoczynku na tym Cmentarzu Powązkowskim i to całkiem niedaleko od siebie ! Po Szkołach komunikowaliśmy się ze sobą, nawet na 1-wszym roku studiów bywało, że odrabiałem za Stacha laborkę z fizyki (pod jego nazwiskiem) – a byliśmy na innych Wydziałach. A wynikało to z tego, że On jako świętość traktował obowiązki w Aeroklubie ! W wieku całkiem dojrzałym, gdy z rodziną dawno już był w Stanach, widywaliśmy się na Szkolnych spotkaniach pod Warszawą – raz przybyli na nie z Alą do Zalesia Górnego na plenerowe spotkanie jesienne we wrześniu– całe nasze wielkie szkolne towarzystwo b. miło wspomina takie zdarzenia. Kilka lat temu zaprosili mnie oboje z Alą do Tampa bym z nimi i na ich Jachcie pożeglował, wtedy byłem u nich dwa tygodnie, poznałem Hanię ! Odwiedził mnie u nich wtedy mój dobry kolega – profesor z Kansas State University Andrew Ryś – na skutek tego przez trzy dni żeglowaliśmy w większym towarzystwie. Ala i Staszek prowadzili w Tampa życie bardzo otwarte ! . . . . . . . . . . . Spośród Braci Szkolnej jest tu kilka osób: Krzysztof, Ewa, Michał, Zosia, Bogdan. Kilka osób przyjść dziś nie mogło: Marian, Krystyna, Zosia – będą Cię tu Stachu odwiedzać od jutra. Wczoraj do mnie o tym dzwonili. . . . . . . . . . . Chciałem wyrazić żal, że nie byliśmy z Toba Stachu, też z Alą, Hanią i Stasiem w Tampa w dniu 19.XII a też do 2.III. Wtedy o Waszych troskach i przeżyciach wiedzieliśmy początkowo niewiele. Jesteśmy pełni współczucia dla Waszego cierpienia. Wyrażamy żal, że Staszek odchodzi, będziemy go odwiedzali tutaj – w kraju i w mieście w którym mieszkamy. Ze Staszkiem już nie podyskutuję, niczego interesującego się nie dowiem. On miał tak duży potencjał, że mógł jeszcze olbrzymią wiedzę przekazywać zarówno młodszym jak i starszym. Nawet gdy do Niego nie pisałem mając jakieś dylematy, to było oczywiste ze on najlepiej potrafi rozwikłać problemy, które uważane są za trudne i wiedziałem, że przedstawiłby rozwiązanie klarowne. . . . . . . . . Wasza Rodzina , kontakty Hani i Stasia …. będą dla mnie zawsze przykładem Rodziny harmonijnej ! . . . . . . . . Na zakończenie dodam, że 9 lat temu w Tampa powiedział mi Stach ( a była to z jego strony b. istotna informacja ) że gdzieś na Powązkach spoczywa w Grobie As Lotnictwa Wojskowego (18 zestrzeleń !!!) Pilot Stanisław Skalski. Z moją żoną odnaleźliśmy tę mogiłę i Grobowiec – jest to dość niedaleko od tego miejsca, o 2 km na północ. . . . . . . . . . . Żegnamy Cię Stachu !
Zgłoś SPAM
Instytut Automatyki PAN w Warszawie
We wczesnych latach 70-tych pracowałem ze Staszkiem w tymże Instytucie prowadzonym przez prof. Nałęcza. Obaj należeliśmy go grupy tak zwanych "młodych, obiecujących pracowników naukowych". Od samego początku znajomości Staszek imponował mi swoją nieprzeciętną błyskotliwością i umiejętnością rozwiązywania problemów technicznych. Muszę przyznać że nie jest mi łatwo zaimponować, i patrząc wstecz przez życie mogę zliczyć ludzi którym się to udało prawdopodobnie na palcach jednej ręki. Przypadliśmy sobie nawzajem do gustu i zostaliśmy przyjaciółmi. Staszek opowiadał mi dużo o lataniu, samolotach, szybowcach, centrowaniu kominów powietrznych i wznoszących prądach termicznych w Żarach. Raz Staszek dostał wiadomość że warunki w Żarach są świetne i postanowił się zerwać na dwa, a jak wszystko dobrze pójdzie na trzy dni. Ponieważ siedzieliśmy w jednym pokoju przypadła mi rola "krycia" go w razie pytań. Staszek wpadł na świetny pomysł powieszenia marynarki na swoim krześle, ja miałem mówić że tak, musiał na chwilę wyjść, ale przecież jest tutaj, o proszę jego marynarka tu wisi. Na następny dzień Staszek dał mi sweter który miał zastąpić marynarkę; wreszcie na trzeci, ostatni dzień miało być puste krzesło bo Staszek "żle się czuł i wcześniej wyszedł, ale jutro napewno będzie od samego rana"... Drugiego dnia jego eskapady dzwoni telefon który odebrałem i w tym samym momencie, jak w kiepskim, tanim filmie, wchodzi do pokoju nasz boss i stoi ode mnie na odległość wyciągniętej ręki. Oczywiście boss chce się dowiedzieć o postępach naszych prac naukowo-badawczych (ha,ha, ha). A Staszek z drugiej strony grzmi donośnym głosem "jak tam w Instytucie, czy wszystko jest OK? Czy stary się o mnie pytał? Tu wznoszenia są fantastyczne i zostaję na trzeci dzień". Zmieniam się na twarzy z zielonego koloru na czerwony, dociskam słuchawkę do ucha i unikam świdrującego wzroku bossa. "Dziękuję, wszystko jest OK, ale to pomyłka, chyba pan nakręcił zły numer" - i rozłączyłem się. Do dzisiaj nie wiem czy boss zorientował się w sytuacji czy nie. Przyjął moje krótkie wyjaśnienia, nie zadawał żadnych pytań i wyszedł. Mimo że czasy były ciężkie Staszek był zawsze bardzo pogodny, często się uśmiechał i miał, co sobie bardzo ceniłem, wspaniałe poczucie humoru. "Jacku", powiedział raz Staszek podnosząc palec do góry by jeszcze bardziej przykuć moją uwagę, "śrubokręt jak sama nazwa wskazuje jest to okręt napędzany śrubą". Gdy w roku 1974 wyjechałem do Kanady nasze kontakty niestety rozlużniły się. Mój wyjazd, początkowo planowany jako jednoroczny, zmienił się na stały. Kilka lat póżniej Staszek odwiedził mnie tu w Toronto. Obwiozłem go po Toronto jak również pokazałem mu trochę Ontario, Planował przeniesienie się na stałe do Kanady lub Stanów i przyjechał na rekonesans. Jak się póżniej okazało widzieliśmy się wtedy po raz ostatni. I tak pozostanie w mojej pamięci: młody, pełen entuzjazmu, pełen planów na przyszłość i energii życiowej, uśmiechnięty, ze wspaniałą, bujną czupryną,. tak jak wygląda na jednym ze zdjęć tutaj gdy wysiada z szybowca. Jestem dumny że był moim przyjacielem. Jacek Chomicz Toronto, Kanada, 5 maja 2016
Zgłoś SPAM
czterdzieści parę lat znajomości
…coraz bliżej strzelają… - Staszek nie żyje – wiadomość od Waldka Królikowskiego, która wyświetliła się na pulpicie mojego komputera, czytałem z niedowierzaniem kilka razy. – Odszedł po ciężkiej paromiesięcznej chorobie… To, niemalże lakonicznie brzmiące zdanie, mnie człowiekowi od lat wspomagającego jedno z warszawskich hospicjów, zdaje się mówiło już wszystko. A więc jakieś paskudztwo dopadło również jego, jakkolwiek nadal trudno mieściło się to w głowie przywykłej do dość prostego pojmowania świata – ludzi radosnych, witalnych czy wręcz żywiołowych, to nie dotyczy… - Mam wiele pokory wobec życia, myślałem gorączkowo, wywodzącej się wprost z własnych doświadczeń, często bardzo bolesnych, a już na pewno trudnych, stanowiących potężną bazę dla snucia rozważań nad ludzkim losem, sensem funkcjonowania jednostki pośród wszystkich bytów jako tej jedynej i najważniejszej, przynajmniej w kategoriach sprawiedliwości lub jej braku. Właśnie odejście Staszka jest takie, po prostu niesprawiedliwe. Przypomniała mi się natychmiast, końcówka ubiegłego roku, gdy jak większość facetów z dużym PESELEM, zapragnąłem sobie kupić coś z pogranicza gadżetu i rzeczy użytecznej. Moja próżność zogniskowała się na bardzo solidnych, idealnie okrągłych oprawkach do okularów marki „John Lennon”. W jednej z amerykańskich firm, na jej internetowych stronach znalazłem takie, ale wielokrotne próby płatności polską kartą nie powiodły i …poprosiłem o pomoc starego kumpla. Za kilka dni wylądowała na moim biurku przesyłka z USA, pieniądze zwróciłem na jego konto w kraju i tak oto …mam świeżą pamiątkę po Staszku, a przynajmniej z nim mi się kojarzącą. W ciągu ostatnich kilku miesięcy sporo korespondowaliśmy e-mailowo, ale ani razu nie napomknął o tym że coś mu dolega. Żywo interesował się tym, co się u nas dzieje, zadając bardzo rzeczowe pytania, tym samym zmuszając mnie do solidnych odpowiedzi, Staszek nie dawał się zbyć byle czym, będąc bardzo wymagającym partnerem takich rozmów. Cholernie oczytany, nawet krótko przed śmiercią, próbował ze mną przez internet wymieniać uwagi na temat kilku przeczytanych ostatnio książek, i nie zawsze za nim nadążałem. Nie powiem, miód spłynął kiedyś po moim sercu, gdy po przeczytaniu paru moich opowiadań i esejów skwitował to krótkim – dobrze piszesz i rób to dalej. Taki komplement od Staszka wymagał zarchiwizowania, co z przyjemnością zrobiłem. Ten „bystry” i przenikliwy facet okazywał się być nadal tym samym „KIMŚ”, z kim najpierw w Aeroklubie Warszawskim „ganialiśmy” na szybowcach, zdobywając swoje kolejne diamenty, a po jego powrocie z Polskiej Misji w Wietnamie Płd, robiliśmy dalej to samo, ale już jako zawodowi piloci Przedsiębiorstwa Usług Lotniczych AEROPOL, i nie na szybowcach tylko teraz już na samolotach i helikopterach. Los pozwolił nam przez parę ładnych lat pracować razem, uczestniczyć w przeróżnych lotniczych szkoleniach, teoretycznych, praktycznych i obozach kondycyjnych, które wśród ludzi z naszego lotniczego świata obrosły wręcz anegdotami. A nade wszystko, choć byłem kolegą Staszka wyraźnie od niego młodszym, co na co dzień było mało widoczne, musiałem – jak mawialiśmy - tęgo się nawiosłować, by za nim nadążyć. Jak choćby w jeździe na nartach, na których szalał jak przed laty Jean-Claude Killy. Chcąc mu ambitnie dorównać na stoku, wróciłem pewnego razu do Warszawy z największym siniakiem swojego życia, w ponurym odcieniu soczystego fioletu, ciągnącym się od prawej zewnętrznej kostki u stopy, poprzez nogę, prawy bok do czubka głowy, ale się nie połamałem. Staszek trochę się przeraził, ale ciągnął mnie po stokach nadal, bez żadnej taryfy ulgowej. Nie miałem prawa nie jeździć. Razem, stołek w stołek przeszliśmy też szkolenie – najpierw teoretyczne, następnie zaś będąc już w „łapach” doświadczonego instruktora Zbyszka Karpińskiego, szkolenie praktyczne. Wszystko szło jak burza, chociaż odnosząc to do czasów dzisiejszych nie miałoby najmniejszych szans na taki tryb, bo obecne Władze Lotnicze, za permanentne nazwijmy to „ślizganie się po obrzeżach” przepisów, porozstawiałyby nas po przysłowiowych kątach. W trzydziestogodzinnym programie do licencji zawodowej „Karpiu” przekazał nam wszystko co tylko się dało, łącznie z dotykaniem kołami podwozia dachów budowanych w Warszawie wieżowców i „wpasowywaniem” kadłuba w korony co wyższych drzew liściastych, Robiło to wrażenie na tych, co obserwowali to z ziemi, i dobrze widzieli …tylko kręcący się nad całością wirnik. Staszek miał do tych rzeczy niewiarygodną smykałę i bardzo go taka nauka połączona z zabawą kręciła. Jeszcze tego samego roku „wylataliśmy” na Mi2 po trzysta kilkadziesiąt godzin, już jako zawodowcy… Przeszliśmy nieco później jeszcze jedno wspólne szkolenie – tym razem bardzo, bardzo poważny kurs teoretyczny na helikopter MI8 w Leźnicy Wielkiej, niedaleko Łęczycy. Był to duży pułk, na strasznym odludziu, o czym zresztą często wspominano w nie do końca wykwintnym powiedzeniu ad canum latratus, wyposażony w ósemki i co ciekawe, akurat w trakcie przyjmowania ze Wschodu bojowych MI24. Wszystko dookoła było tajne lub co najmniej poufne. Na kurs przeznaczony dla pilotów i mechaników wojskowych, jakimś, nie do końca znanym sposobem, dokooptowano naszą PUL-owską czwórkę. Tych „cudów” techniki wojennej nie wolno nam było oglądać nawet z daleka. Ale jak już stały w hangarze, to jakimś dziwnym sposobem mogliśmy w nich nawet posiedzieć. Na codzienne zajęcia mnie, Zbyszka Karpińskiego i Waldka Królikowskiego Staszek podwoził, niczym ich książęce mości swoim żółtym fiatem 125p, kupionym za pracę w Wietnamie. Już sama banda cywili w …taaakim na tamte czasy aucie budziła podejrzliwość panów od kontrwywiadu i chociaż za każdym razem sprawdzali nasze papiery, atmosfera nieufności wciąż wisiała w powietrzu niczym nadciągająca burza. …I wreszcie zagrzmiało. Któregoś dnia pod konie wykładów do Sali Wykładowej wpadł jakiś oficer w stopniu majora „z podniesionym kołnierzykiem”, ciężko wystraszonym wyrazem twarzy, i niemalże płaczliwym głosem jęknął: - Czy faceci z tego cywilnego samochodu byli na ostatnich wykładach? - Ano byliśmy, odezwał się Staszek z lekko bazyliszkowym uśmieszkiem. Tamten zrobił się biały. - Notatki były robione? – Nie. – To dobrze, bo wykład był o sprawach absolutnie tajnych, i macie o tym natychmiast zapomnieć. A chodziło o system zdalnego rozpoznawania samolotów i helikopterów SRO (swój, cudzy), stosowanych w państwach Układu Warszawskiego. Zapamiętam też Staszka z przedziwnego spotkania po środku Jeziora Bachotek na przepięknym Pojezierzu Brodnickim. Byłem tam z moją przyszłą żoną przed wyjazdem do Afryki. Płynęliśmy spokojnie kajakiem, gdy usłyszałem niosące się po wodzie: - Gruby, czy to ty? Spojrzałem w tamtą stronę, …i widzę Staszka. Polska duża, nie umawialiśmy się, …a jednak spotkaliśmy się. Umówiliśmy się na wieczór, …oczywiście, żeby pogadać. Przypłynąłem do jego ośrodka kilkanaście kilometrów kajakiem. …I to był błąd. Jak potem wróciłem do siebie, nigdy już się nie dowiem. Pytałem go o to wiele razy, ale zawsze mówił: – Kiedyś Jędruś to wyjaśnimy, spokojnie, wpadniesz do mnie na Florydę, …napijemy się wina i horyzont się rozjaśni. Szkoda, że już nie…
Zgłoś SPAM
Wiadomość od Tadeusz T. Piotrowskiego

Kochani,

Piszę ten list do Was Trojga pod wpływem impulsu, który dla nas wszystkich był ciosem.

Dla Was Stach był Mężem, Ojcem a dla mnie (od początku Szkoły Podstawowej w Zalesiu) kolegą, gdy nie mieliśmy jeszcze nawet - nastu lat i gdy dopiero (w dość ciężkich dla Kraju latach powojennych) zaczynaliśmy kształtować swoją osobowość.

Chodziliśmy do Szkoły Podstawowej "Krauzówki" w Zalesiu w czasach tuż po wojnie (urodziliśmy się w tym samym roku - ja w lipcu). Ja mieszkałem w Zalesinku (po bardzo niewielu latach od mojego urodzenia się rodzice wyprowadzili się tutaj z W-wy), on w Zalesiu w Al. Kalin. Chodziłem do niego (w ogrodzie - lesie stał okazały dąb) i z tego wysokiego dębu zjeżdżaliśmy po dość pochyło zamocowanej  linie.

Jego Mama wymagała na to zgody na piśmie od moich Rodziców.

Od wtedy datowały się nasze zainteresowania czymś co jest i ekstremalne i ma związek z techniką.

Na jednym z towarzyskich plenerowych jesiennych spotkań absolwentów kilkanaście lat temu w lesie w Zalesiu Górnym byliście Alu oboje. I wiele osób z towarzystwa, z którym się regularnie spotykam dobrze to cały czas pamięta (teraz, w tych dniach wiele osób dało temu świadectwo).

Byliśmy razem w Liceum (im. Emilii Plater). Ja na Politechnikę poszedłem na Elektronikę, Stach na Elektryczny.

Na 1-wszym roku (gdy asystenci jeszcze nie rozróżniają dobrze twarzy studentów) bywało, że Laboratorium z Fizyki odrabiałem za Stacha (występowałem jako Drozdowski) bo on miał... istotne treningi lub zawody na Lotnisku Gocławek (takie sprawy Staszek traktował poważnie!).

To on mnie zachęcił do żeglarstwa i zapisania się do "Rejsów" na ul. Zagórnej nad Wisłą (był to Klub żeglarstwa Morskiego). Wtedy Komandorem był znakomity Mastalerz.

[…]

Później się kontaktowaliśmy sporadycznie (studia, zainteresowania, praca, rozwój, wszystko to pochłaniało każdego z nas).  Dopiero, gdy wraz z Alą byliście w Polsce (i wtedy na podwarszawskim spotkaniu Szkolnym), Stach zainicjował pomysł o zaproszeniu mnie do Was.

Wiem, ze podczas studiów i po nich Stach mieszkał na końcu Madalińskiego (możliwe, ze też z Tobą Stasiu Juniorze?)

Wiele mi później opowiedział o Tobie i Twojej trudnej, wymagającej, ale ciekawej pracy w lotnictwie a też o Waszym częstym (też zawodowym) kontakcie.

[…]

Będąc w Tampa od Ciebie Alu i od Stacha dowiedziałem się wiele o Tobie Haniu (poznałem Cię właśnie w 2007 roku) i o Twoich sukcesach sportowych zanim jeszcze sprowadziliście się na Florydę. Wiem, że od studiów pracujesz w znanej AACSB Int. (czy nie pomyliłem inicjałów?). Wszystko to pamiętam! A Staszek mówiąc mi o Twoich wynikach nie krył słów uznania.

Pewien czas temu Stach mi przysłał znakomity film z Twoich Uroczystości Ślubnych w Kalifornii. Film b. interesujący.

No cóż, czas leci. W życzeniach na Boże Narodzenie (z 15. XII.2015r) jesteście na miłym ujęciu we trójkę, wraz z ... następcą tronu. Gratuluję Ci Haniu!

Jest mi żal, że nie powymieniam już opinii ze Staszkiem - może dlatego tyle napisalem do Was?

O zaletach Staszka i jego bystrym umyśle nie mam co do Was pisać!

Życzę Waszej Rodzinie (coraz to rozszerzającej się) dobrego rozwoju i miłego wzajemnego kontaktu.

Przypomniała mi się jedna laurka: dla Ali i Staszka z podpisami Stasia Jr. i Hani -- to nadzwyczajny dowód na dobry kontakt w Rodzinie i na jedność, którą tak wszystkim nam potrzeba!!

Serdecznie Was pozdrawiam,

Sympatyk Waszej Rodziny, dobry kolega Męża i Ojca od wieku mniej niż 10 - letniego.

Tadeusz z żoną Anią.

 

Zgłoś SPAM
Wiadomość od Zdzisław Pieńkowskiego

Alu, Haniu, parę dni musiałem poczekać aby złożyć Wam najgłębsze kondolencje i wyrazić wielki smutek po odejściu Staszka. Jeszcze dalej do mnie nie dotarło to co się stało. Choć było wiadomo od grudnia że tak będzie to zawsze w człowieku tkwi nadzieja że ta straszna decyzja lekarzy jest „pomyłką”. Staszek w naszej pamięci pozostanie na zawsze. Będzie Go nam bardzo brakowało, jest tak mało osób z którymi mogłem pogadać szczerze i o wszystkim. Zawsze mogłem liczyć na Staszka i często radziłem się w wielu sprawach bo to był bardzo inteligentny i mądry człowiek. Jak On Was obie bardzo kochał, a Hanię to po prostu uwielbiał. To noszenie torby z łyżwami, to ich czyszczenie po treningach, ta radość Staszka po Hani sukcesach i te zmartwienia po porażkach – będę pamiętał do końca. To Jego latanie do Rochester, przenosiny do Marlboro, układanie sobie życia w nowym miejscu na Florydzie, nasze wspólne wakacje, odwiedziny, święta itd..itd – mogę powiedzieć, że moje dorosłe amerykańskie życie związane było z Wami. No bo kogo bliższego oprócz rodziny tam miałem . Jak to ciężko wyrzucić Jego numer z telefonu, jak niemożliwe wykreślenie adresu na skype. Dalej nie uwierzyć w to co się stało. Bardzo mi smutno !!!!!! Do kondolencji dołącza Basia. Ściskam Was bardzo mocno Z

Zgłoś SPAM
+ dodaj wspomnienie

Stanisław Drozdowski

* 18.04.1940

+ 02.03.2016

Miejsce pochówku:
Cmentarz Powązkowski w Warszawie (kw. 6, rząd 5, nr 12/13)

O nim

Inżynier elektryk, absolwent Politechniki Warszawskiej.

Pilot szybowcowy, posiadacz Złotej Odznaki z Trzema Diamentami.

Pilot komunikacyjny w Polskich Liniach Lotniczych LOT, Britt Airways i American Airlines.

Tłumacz z języka angielskiego.

Żeglarz, wieloletni członek  Żeglarskiego Klubu Turystycznego „Rejsy” w Warszawie.

 

Z przykrością zawiadamiamy, że dnia 2 marca 2016 roku Staś nas opuścił.

Ostatnie dwa miesiące były dla Niego i dla nas bardzo trudne. Wyrok rak mózgu zapadł niespodziewanie 19 grudnia 2015 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia.Był to okres zmagań z chorobą, która nie dawała nam żadnych szans. Dziś, kiedy Go już nie ma wśród nas pragnę, aby każdy zapamiętał Stasia jako człowieka pełnego radości i zapału, który mógłby nam jeszcze długo towarzyszyć.

Jego prochy wracają do kraju, tak jak sobie życzył. 

Żona Alicja, córka Hanna i syn Stanisław.
-----
We are deeply saddened to inform you that on March 2, 2016, Stan passed away.

The last two months were extremely difficult for him and us, after he was diagnosed with terminal brain cancer on December 19, 2015. We ask that you remember Stan as someone full of joy and a drive for life; as someone who still had much to contribute to the world.

His ashes are brought to his motherland, Poland, as he requested. 

Wife Alicja, daughter Hanna, and son Stan Jr.

 

Miejsce pochówku:
Cmentarz Powązkowski w Warszawie (kw. 6, rząd 5, nr 12/13)
Miejsce pochówku
Kliknij, aby aktywować mapę

Cmentarz: Powązkowski

Kwatera: 6

Wgraj zdjęcie
Zdjęcie miejsca pochówku
brak
Pamiętamy:
+ dopisz się do listy
Maria Fikiert Jakubowska
Jacek Chomicz
Jolanta i Wiesław Dzwonkowscy
Zygmunt Mazan
Zbigniew Karpiński
Andrzej Urbański
Waldemar i Lidia Królikowscy
Jarosław Zimmer i Iwona Jabłonowska
Andrzej Bański
Ika i Jurek Kozakiewicz
Ela i Zbyszek Barenscy
Artur Sasinowski
Irena Praczówna-Krowicka -absolwentka "Platerówki matura 1953 r.
Ewa i Arek Zapolski
Andrzej Temler
zobacz wszystkie
stronę odwiedziło: 14003 osoby
Zamknij Strona KuPamięci wykorzystuje pliki cookie ("ciasteczka") w celu zapewnienia dostępu do treści (więcej informacji).
Zmiana ustawień dotyczących przechowywania ciasteczek możliwa jest bezpośrednio z poziomu Twojej przeglądarki.